W tym miejscu chciałbym podsumować ostatnie sześć lat mojego życia. Początek tego okresu znaczą narodziny Oskara, mojego pierworodnego synka. Narodzinom towarzyszyła niewypowiedziana radość. Byłem obecny na sali (choć nie od początku, zanim dojechałem i zostałem wpuszczony minęła godzina) i gdy po pełnym napięcia oczekiwaniu ukazała się główka syna, łzy wzruszenia pojawiły się w kącikach oczu. Następne sześć miesięcy to bez wątpienia jeden z najszczęśliwszych okresów mojego życia. Lubiłem kąpać i nosić na rękach nasze maleństwo. Pamiętam, że gdy wiele lat wcześniej patrzyłem jak niektórzy koledzy zajmowali się swoimi pociechami to wydawało mi się, że trzymanie tych kruchych i delikatnych istotek jest czymś niebezpiecznym i ryzykownym. Gdy przyszła na mnie kolej wszystko okazało się łatwe, proste i naturalne. Ten błogi czas zakończył się naszymi pierwszymi wspólnymi wakacjami w Stegnie gdańskiej (a zarazem przedostatnimi, później już tylko turnusy).
Potem atmosfera zaczęła się zagęszczać aż wreszcie choroba Oskara pojawiła się na horyzoncie jak czarna gradowa chmura, która z pięknego słonecznego dnia potrafi zrobić noc. Mama pogrążyła się w rozpaczy, oboje z wielką determinacją rozpoczęliśmy walkę o pełne wyzdrowienie synka. Początkowo wydawało nam się, że jest on niepełnosprawny w małym stopniu. W wózku wyglądał na normalnego, ślicznego i zdrowego chłopczyka, tak że nikt się za nami nigdy nie oglądał. Wydawało się, że jeszcze tylko trochę wysiłku i będzie dobrze. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna, wszystkie dzieciaki niepełnosprawne w lekkim stopniu dawno już samodzielnie chodzą i mówią (lepiej lub gorzej ale jednak) a Oskar rozwija się bardzo powoli aczkolwiek co jakiś czas odnosi swoje małe sukcesy. fakt ten powoli i systematycznie podkopywał nasze siły, czarne chmury gęstniały i gęstniały. Szczerze mówiąc przeżywaliśmy poważny kryzys. Uratowała nas miłość, dojrzałość emocjonalna i wytrwałość.
Gdy Oskar miał 3 lata zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Było parę powodów, po pierwsze chcieliśmy żeby Oskar miał rodzeństwo (w końcu nie będziemy żyć wiecznie), chcieliśmy też skupić myśli na czymś innym niż choroba Oskara.
I rzeczywiście narodziny Adasia były jak promień słońca, który rozproszył ciemności. Choć były potem upadki i wzloty to wydaje mi się, że wszystkim nam udało się oswoić trudną rzeczywistość. Wiemy, że być może Oskar nigdy nie wyzdrowieje w 100% ale nie poddajemy się. Walczymy o jak największe usprawnienie synka, o to aby jak najbardziej zbliżyć się do tej setki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz